poniedziałek, 1 czerwca 2009

pochwała etykietek

no i gdy miałam 4 lata i markowski o 16.00 w pn w programie LUZ śpiewał że alpagi łyk, to nawet na mojego pluszowego kaczora donalda mogłam przysiąść, że smakuje ona niczym jakaś wyrafinowana ambrozja...



w wyborczej przeczytałam dyskusję na temat peerelowskiego pijaństwa. zaczęło się od uroczego i nostalgicznego (vite: lekko prezkłamanego) wywiadu pawła smoleńskiego z januszem głowackim.
ten ostatni przywoływał np takie rzeczy:

A w dworcowych knajpach kusiły zakąseczki: siny tatar, zielone jajko w majonezie i ponury śledzik po japońsku. I hasła nad bufetem: "Wspólną pracą zbudujemy socjalizm", "Alkohol podajemy tylko z zakąską. Uwaga! Wino i piwo zakąskami nie są", "Żeby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatnio".


i:

Specjalnie dla chorych powstał dobrze płatny zawód "chlacza". Ktoś, kto sam nie mógł pić albo akurat nie chciał, a miał interes do zrobienia, wynajmował "chlacza". Ten pił za niego i to było akceptowane. Miałem kolegę "chlacza", był doktorem filozofii, tłumaczył Husserla


dziś już tak się nie pije... zamiast śledzika chipsy... zamiast kameralnej miasteczko studenckie, no i jeszcze tylko pod sklepami spożywczymi w pobliżu byłych pegeerów można zobaczyć puste butelki po arizonie...

0 komentarze: